Czy to Kurs, czy nie Kurs, a jeśli nie Kurs, to co?

opracowanie: Cezary Urbański (21.02.2017)

Pewna bardzo zdeterminowana studentka Kursu cudów, studiująca go tak intensywnie, że w trzy lata dwa egzemplarze rozpadły się w jej rękach na pojedyncze kartki, powiedziała mi, że "coś" powiedziało jej, żeby nie czerpała żadnych informacji na jego temat z Internetu. Było to tym bardziej ciekawe, że na co dzień używa Internetu bardzo intensywnie i ogląda na Youtube wykłady wszystkich znanych nauczycieli i wizjonerów Nowej Ery.

Moim zdaniem,"Głos" dał jej dobrą wskazówkę. Dobrze byłoby, aby każdy wziął ją sobie do serca i z pewnym dystansem czytał komentarze innych studentów czy wyrwane z kontekstu, choć skądinąd piękne cytaty. Gdy czytam ich posty, odnoszę wrażenie, że studiują jakąś inną wersję Kursu. Oczywiście, że cytowane przez nich fragmenty pochodzą z Kursu: Jestem cudem, Jest tylko miłość, itp, itd. To wszystko jest upiększone różowymi serduszkami, pięknymi widoczkami, zachodami słońca, rozgwieżdżonym niebem, kwiatkami, motylkami, mapami czakramów, itp. Poszukiwacz prawdy może uznać tak przedstawiony Kurs cudów za dzieło infantylne, nieoryginalne, niepraktyczne a co za tym idzie - niewarte uwagi. Czyli zostanie wprowadzony w błąd. Są też bardzo aktywne w Internecie ruchy religijne, dla których Kurs stał się podstawą kolejnego kultu, interpretujące go w sposób sformalizowany i stosujące w sposób odbiegający od zawartych w nim zaleceń.

W Pozbawionej szczęśliwości - Historii Helen Schucman i spisywania Kursu cudów czytamy:

Helen zawsze twierdziła, że Kurs cudów był dla bardzo niewielu, tych wspominanych już "pięciu czy sześciu osób". Bez względu na liczbę, jaką Helen miała na myśli, ja zawsze też byłem zdania, że ścieżka Kursu cudów z pewnością nie jest dla mas, a przynajmniej nie była wtedy. Dla nas bezspornym był fakt, że wielkość systemu myślowego wykładanego w Kursie cudów wyklucza możliwość jego akceptacji w całości przez przeciętnego odbiorcę. ibid., str. 447

Czy ta pesymistyczna wizja jest prawdziwa? Na podstawie mojego doświadczenia uważam, że nie. Ja sam gdy dostałem od przyjaciela egzemplarz amerykańskiego wydania, po 15 minutach lektury odłożyłem go z niesmakiem. "-- A któż to napisał? Jakiś nowy ruch chrześcijański? -- pomyślałem. -- Bóg, Syn Boży, Chrystus, przebaczenie... Jakaś dziwna wersja Biblii połączona z medytacjami na każdy dzień z programu 12 Kroków. Dziękuję bardzo. Biblię czytałem wielokrotnie, więc nie muszę tego czytać.

Kurs wziąłem do ręki ponownie po pół roku, by tym razem po 15 minutach stwierdzić: "-- Boże, to jest to!" a jednocześnie "zyskując pewnośc", że go przetłumaczę.

Kolejny przykład na to, że "Kurs żyje swoim życiem" i nie mnie jest o nim decydować miałem w roku 2006, gdy zostałem "zmuszony" do wydania mojego przekładu. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale Jezus chciał inaczej a zatem stało się tak, jak On chciał.

Na tej podstawie twierdzę, że "wszystko jest starannie wyreżyserowane" przez Ducha Świętego a Jezus patrząc na wszystko spoza czasu i przestrzeni, widząc zakończenie "filmu", zatytułowanego "Historia ego i jego wojenki z Bogiem", wie, kto jest gotów podążać ścieżką przezeń nakreśloną w Kursie.

c.d.n.

 

<Powrót do strony głównej